Targi Rzeczy Ładnych – a już się bałam

Na Targi Rzeczy Ładnych wybrałam się bez przekonania i raczej z poczucia obowiązku. Cóż bowiem ma oznaczać określenie “ładne” i dlaczego do oglądania ładnych rzeczy zaprasza się mnie banerem z sinym niebem i smutnym kadrem. Różowo nie było, ale wróciłam rozemocjonowana.

Nie daje mi spokoju określenie ładne. Dlaczego ładne, a nie piękne? Czy to asekuranctwo, na zasadzie: nie spodziewajcie się cudów, będzie po prostu poprawnie? Czy może plan minimum: będzie git, jeśli będzie ładnie, co dalej, czas pokaże? Usiłowałam również zrozumieć, jaka idea przyświeca organizatorom, w jaki przedział rynkowy i produktowy wpisać te targi. Czy są kiermaszem rękodzielnictwa, czy targami designu?

Nadal nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania, lecz jednocześnie od niedzieli jestem pełna pozytywnych emocji za sprawą kilku wspaniałych spotkań, do których doszło na przekór moim obawom.

Jest takie włoskie słowo – filiera, którym Włosi określają długi, wieloetapowy proces, rozpoczynający się mariażem projektu z surowcem, a zwieńczony wprowadzeniem na rynek gotowego produktu. Zadawałam sobie pytanie, czy na TRŁ znajdę wystawców z filierą szlachetną jak sznur pereł, czy znajdę ludzi, którzy nie boją się czasu i oczekiwania, z jakimi należy się zmierzyć pomiędzy ideą a prezentacją.

Znalazłam! Moi drodzy, przedstawiam wam czterech producentów klasy platinium.

Pozwólcie, że po kumotersku rozpocznę od marki, co do której byłam pewna. Przekraczając obszar wystawienniczy wiedziałam, że jednego wystawcę mogę wpisać na moją listę bez wątpienia. Hues to marka pięknych poduszek produkowanych przy zastosowaniu wyjątkowej technologii. Tym, co ujmuje mnie w nich najbardziej, jest idealne spasowanie rysunków na liniach połączenia. Nie ma tu najmniejszego przesunięcia, co jest bardzo istotne w przypadku regularnych deseni, jakimi są zdobione poduszki Hues. Geometryczne linie zbiegają się na krawędziach w idealnych punktach, jakby wciąż tworzyły całość, jakby nie było pomiędzy nimi cięcia i szwu. Dzieje się tak, ponieważ każda poduszka jest zszywana z dwóch paneli, na które uprzednio jest ręcznie nanoszony nadruk. Tak, tu nie ma tkaniny ciętej z beli, tu są pojedyncze kupony farbowane pomiędzy cięciem a szyciem. Większość poduszek jest wykończona lamówką, która podnosi jakość estetyczną produktu. We wzornictwie Hues bardzo podoba mi się przełamanie powszechnie uwielbianego stylu skandynawskiego elegancką ornamentyką i kolorystyką inspirowaną stylem amerykańskim. Hues nie boi się złotych akcentów i doskonale potrafi posługiwać się tym kolorem. Każda poduszka jest pakowana w osobne pudełko, w którym przekłada się ją pergaminową bibułą. Zachwyca mnie!

* * *

Zaledwie parę kroków dalej zostałam urzeczona filmem reklamowym ilustrującym powstawanie wyrobów My alpaca. Przez tę kilkuminutową prezentację wideo przebija poezja i niewysłowiona pasja, z jaką realizowany jest każdy etap w procesie produkcji – począwszy od hodowli alpak, poprzez gręplowanie wełny, ręczne pikowanie aż po doszywanie ostatnich dodatków. To jest właśnie jakość, która mnie emocjonuje. Jakość, której nie zastąpi nawet najsprawniejszy marketing, której doskonałym świadectwem jest produkt końcowy, kołdra – lekka i miękka, powleczona w tkaninę zewnętrzną o satynowym chwycie, obramowana lamówką wykonaną z materiału o specjalnie zaprojektowanym deseniu. Polski, szlachetny produkt. Wspaniały!

* * *

Barbara Śniegula, na moje pytanie: dlaczego wybrała porcelanę, odpowiedziała z uśmiechem i bez namysłu: bo jest najszlachetniejsza. I już wiedziałam, że idę właściwą ścieżką. Opowiedziała mi o powstawaniu jej produktów, o złożonym procesie formowania, wypalania, szkliwienia, o tym, że porcelana nie przyjmuje poprawek. Najbardziej przypadły mi do gustu jej projekty, w których białą porcelanę łączy ze złotymi zdobieniami. Złoto łagodzi niepokojące elementy, którymi Barbara Śniegula zdobi swoją porcelanę – końskie nogi czy – jak się domyślam – kogucie grzebienie. Elegancja z delikatną nutą awangardy.

* * *

Najdłuższą pogawędkę odbyłam na stoisku Swallow’s Tail. Zatrzymała mnie intrygująca konstrukcja stołu (i przepiękne kolczyki właścicielki, muszę się przyznać). Wracam do mebli. Blat, wykończony charakterystycznym rantem, opiera się na wyrafinowanej konstrukcji nośnej przypominającej belki i legary. Jeśli uważacie, że w tak zwanym temacie stołu wszystko już zostało powiedziane, czas zmienić myślenie. Aksamitnie wykończona dębina*) o ciepłej barwie aż prosiła, żeby ją dotknąć. Dojrzałość i świadomość, z jaką właściciele Swallow’s Tail podchodzą do tworzonych przez siebie projektów, jest bardzo pokrzepiająca i optymistyczna. Mimo że otrzymali doskonałe przygotowanie, są jak pionierzy, ponieważ realizują misję kształtowania nie tylko drewnianej materii, lecz również świadomości odbiorcy i mocno trzymam za nich kciuki. Oni także czuwają nad całą filierą – są autorami projektów wykonywanych przez siebie mebli, osobiście obsługują maszyny stolarskie i umieszczają swoje dzieła w szerszym kontekście kompletnych projektów wnętrz. Własną pracę dokumentują pięknym blogiem, którego lekturę gorąco polecam, ponieważ oprócz doskonałej jakości wzornictwa prezentują bardzo wysoki poziom kultury języka.

* * *

Na zakończenie kilka refleksji ogólnych. Tak zatłoczonego parkingu pod Unia Lubelska City Shopping jeszcze nie widziałam, a miejsce to zawsze sobie ceniłam za spokój i wręcz lekko senną atmosferę! Targi zostały zorganizowane w jednym z najnowocześniejszych gmachów w Warszawie, o bardzo wysokich walorach estetycznych, gdzie wszystkie wnętrza są wypełnione doskonałym designem, szkoda więc, że sposób przygotowania stoisk wystawienniczych nie pokrywał się z architektonicznym, bardzo pozytywnym rygorem, charakterystycznym dla całego budynku. Odwiedzający, wprost z nowoczesnych holi, wykładanych kamieniem i szkłem, ujętych w dyscyplinę geometrycznych linii, przechodzili do chaotycznego, wijącego się w pół-cieniu serpentyną, korytarza stoisk, które… ogólnie przypominały klimat targowiska, nie targów. W tak nobilitującym miejscu oczekiwałoby się czytelnych boksów, wytyczonych ścieżek, uporządkowanych, doświetlonych stanowisk. Przez imprezę przebija ogromny, bezcenny ładunek entuzjazmu, a jednocześnie swoisty neofityzm, dlatego chciałoby się, żeby dołączyła do tego jakaś bestia specjalizująca się w organizacji eventów, bestia niekoniecznie w postaci operatora o utwierdzonej pozycji na rynku, ale w postaci siły, myśli i świadomości, aby Targi Rzeczy Ładnych nabrały formy targów par excellence, bo na ostatnim piętrze Placu Unii pojawili się twórcy rzeczy pięknych.


*) Czujne czytelniczki słusznie zauważyły, że stoły na zdjęciach nie są wykonane z dębiny. Z białej i z czerwonej dębiny były wykonane stoliki kawowe, przy których rozmawiałyśmy z właścicielką i to blaty tych stolików właśnie głaskałam. Dziękuję za Waszą czujność!


 

Obok własnych zdjęć wykorzystałam fotografie pochodzące ze stron internetowych: Hues, My alpaca i Swallow’s Tail