Sentymentalny spacer włoskimi uliczkami

Znacie ten wakacyjny scenariusz? Przedpołudnie na plaży, powrót do domu, orzeźwiający prysznic, lekki obiad i sjesta, by wyjść ponownie, gdy wszystko dookoła zaczyna spowijać ciepłe światło schodzącego coraz niżej słońca. Pozwólcie, że dzisiaj, powodowana tęsknotą za Italią, zabiorę was na spacer włoskimi uliczkami. Idziecie ze mną?

Jest coś niezwykłego w wijących się w górę i w dół uliczkach i zaułkach włoskich miasteczek. Można nimi spacerować dzień za dniem, wciąż tą samą trasą, i za każdym razem taka wędrówka staje się wspaniałym doświadczeniem estetycznym. Zdumiewa mnie i zachwyca jednocześnie lekkość, z jaką Włosi tworzą wokół siebie piękno. W sposobie ich zagospodarowywania przestrzeni nie wyczuwa się żadnego spięcia, stresu, wysiłku. Jakby od niechcenia, w sposób jak najbardziej naturalny, odruchowy, przyrodzony, to, czego dotykają, staje się bezpretensjonalnie piękne. Nikt nie nakazał im dekretem, nikt nie ogłosił konkursu, nie sądzę, aby w jakikolwiek sposób kierowała nimi potrzeba przebicia sąsiada, oni po prostu otaczają się pięknem, jak jedwabniki otaczają się jedwabną przędzą.

Przy okazji mojego ostatniego pobytu przyglądałam się szczególnie uważnie drzwiom i oknom, kolorom, wzorom krat, klamkom. Każdy dom był wykończony inaczej! Nie znalazłam dwóch identycznych drzwi, dwóch takich samych krat w oknie i pomimo tej różnorodności (a może właśnie dzięki niej), w miasteczku nie było nawet grama nieładu – wszystko komponowało się ze sobą w sposób idealny, wspaniały, piękny. Tak urzekający, że można patrzeć i patrzeć, i patrzeć…

spacer po włoskich uliczkach

 

 


– Jest mi miło, że czytasz mojego bloga.

Zaproś swoich znajomych, lubię gości! –