Pchli targ, czyli sezam z tysiącem skarbów

Pchli targ to nazwa raczej nieadekwatna do miejsca. Zestarzała się. Być może kiedyś targi staroci obfitowały w insekty, dzisiaj, jak dla mnie, są przede wszystkim nieprzebranym źródłem skarbów.

Jak często zdarza się wam odwiedzać takie miejsca? A jeśli bywacie, to kupujecie, czy może czasami zdarza się wam także czasami sprzedawać?

Często powtarzam, że zazdroszczę Amerykanom wyprzedaży garażowych. To fantastyczna formuła, która pozwala nie tylko odchudzić domowe zasoby obrośnięte zbędnymi przedmiotami jak tłuszczem. To także sposób na zacieśnianie kontaktów z sąsiadami, tak tworzy się lokalna społeczność. I po trzecie to także przejaw ekologicznego myślenia: zanim coś wyląduje na śmietniku, niech przyda się do końca jeszcze komuś.

W dzisiejszej, bardzo konsumpcjonistycznej rzeczywistości, rzadko zastanawiamy się nad tym, jak rzeczy przepływają przez nasze domy – z koszyków (sklepowych) do koszy (na śmieci).

Jest jeszcze jeden pozytyw zdobyczy z drugiej ręki – duch polowania. W takich miejscach, jak pchli targ czy sklepik ze starociami, nietrudno jest znaleźć unikatowe okazy, nieprodukowane już, przybyłe nierzadko z daleka, dziwnie krętymi ścieżkami, bo każdy taki przedmiot niesie za sobą swoją własną historię.

PCHLI TARG

Parę tygodni temu obiecałam wam, że opowiem, jak ta chińska waza trafiła do mnie. Spójrzcie, jest niezwykła! Po raz pierwszy widzę klasyczny chiński ginger jar w miętowym kolorze! Nie dziwią okazy blue and white, widywałam także (chociaż tylko w internecie) egzemplarze z czerwonym rysunkiem, ale taki minty trafił mi się po raz pierwszy.

Wypakowywałam właśnie z bagażnika moje własne graty, bo tym razem odwiedziłam pchli targ w celu pozbycia się tego, co zbędne u mnie, i nagle… Znacie ten zabieg kadrowania z filmów może? Przestało istnieć wszystko inne dookoła. Widziałam tylko ją! Ostro i dokładnie, jak na dłoni, chociaż stała wciśnięta między dziesiątkę innych przedmiotów na stoisku po przeciwległej stronie placu.

Udało mi się też poznać jej historię. To prezent na osiemnaste urodziny. Właścicielka rozstawała się z nią bez żalu, a ja z radością przejęłam pieczę nad tą pękatą pięknością (ścianki są zachwycająco cienkie i delikatne!). Dodam też, że tego dnia jednak udało mi się więcej zostawić na tym kiermaszu, niż z niego przywieźć, co znaczy, że zdołałam odchudzić domowe tłuszczyki, ale doprawdy, radość była podwójna, bo powrót z takim łupem to nie lada frajda!

     


Zdjęcia oznaczone moim logo zostały wykonane przeze mnie i wraz z publikowanymi przeze mnie tekstami są chronione prawami autorskimi.

– Jest mi miło, że czytasz mojego bloga.

Zaproś swoich znajomych, lubię gości! –