Co po nas zostanie, czyli nie bądź cielakiem

W ciągu miesiąca zdarzyły mi się dwukrotnie sytuacje grozy na parkingu. Wściekły kierowca, który uzurpował sobie prawo do mojego miejsca parkingowego podszedł do mojego samochodu z awanturą – za pierwszym razem otworzył moje drzwi wylewając stek agresywnych pretensji (moje dzieci były przerażone), za drugim razem inny odgrażał się, że przetnie nam wszystkie cztery opony. Tylko dlatego, że nie udało mu się wjechać na miejsce, na które my wjechaliśmy (bez pisku opon, nie bolidem, a po prostu podążając za strumieniem samochodów, sygnalizując poprawnie zamiar wykonania manewru i nie łamiąc żadnych przepisów). Szaleństwo, które zalewa ludzkie rozumy w związku z żądzą kupowania jest przerażające.

Widzieliście kiedyś, w jaki sposób są obecnie hodowane na wielką skalę cielęta? Siedzą zamknięte w plastikowych klatkach, bez możliwości poruszania się, by nie budować zbyt dużej tkanki mięśniowej, zachowując tym samym delikatne kruche mięso. Proceder jest zatrważający, ale uwierzcie mi, jesteśmy tak samo wtłoczeni do klatek konsumenckich, sprofilowani na wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy na kolejne śmieci, niepotrzebne nam zupełnie, wykonane z tak niską jakością, że po paru tygodniach nadają się już tylko na śmietnik.

Lubię zakupy, same w sobie nie są niczym złym. Zarabiam, wydaję, cieszę się tym, czym mam. Wiem jednak (nie, nie sądzę, nie myślę, ja to wiem), nie są mi potrzebne ubrania wymieniane cztery razy do roku z nadejściem każdego nowego sezonu i pół-sezonu. Spojrzałam ostatnio na rozległe połacie sklepów odzieżowych w jednym z centrów handlowych. Rzędy, metry, setki metrów ciasno poupychanych ubrań, wymęczonych,  wygniecionych, apatycznych, przecenionych. Nikt ich nie chce. Jest ich tak dużo, że nie sposób nawet obejrzeć je, żeby coś wybrać. Na pewno nie sprzedadzą się do końca wyprzedaży. Wylądują w outletach, tam również będą skotłowane, spadną na podłogę sto razy, przeceni się je do 9 zł, a na koniec, to co nie zostanie sprzedane, pójdzie na przemiał. Tymczasem szyły je dzieci i biedni ludzie za stawki urągające ludzkiej godności, w warunkach niewiele lepszych od tych, które ma ów cielak w swojej plastikowej klatce.

Do czego zmierzam? Nie chcę wywoływać w nikim poczucia winy. Naprawdę! Chcę was zachęcić do porządków. W głowie.

Zamknijcie oczy (na chwilę, bo chciałabym, żebyście coś jeszcze przeczytali) i powiedzcie, o czym marzycie. Jaki jest wasz wymarzony zakup, rzecz, która śni się wam po nocach, ale nie macie jej, bo jest zbyt droga? A teraz rozejrzyjcie się po swoich domach. Przejdźcie się po wszystkich pokojach z dużą torbą i wrzućcie do niej te zakupy, których żałujecie, które zrobiliście pod wpływem impulsu, znudzenia, ulegając marketingowym czarom, że tanio i że takiej drugiej okazji już nie będzie. Potem podliczcie, ile na to wydaliście. Starcza wam na tę wymarzoną rzecz? A może kupilibyście takie dwie za te pieniądze?

Chciałabym się uwolnić, oczyścić z takich niepotrzebnych zakupów. Czy wiecie, że podobnie jest z jedzeniem? Jakiś czas temu odbyłam krótką, ale bardzo interesującą rozmowę z osobą reprezentującą branżę spożywczą. Otóż jako społeczeństwo jemy za dużo. Jemy do przejedzenia się, do osiągnięcie uczucia sytości, tymczasem powinniśmy jeść do zaspokojenia pierwszego głodu. Gdybyśmy nauczyli się tego, okazałoby się, że potrzebujemy znacznie mniej jedzenia, niż kupujemy teraz. Co więcej, za zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy sobie pozwolić na kupno bardziej wartościowej żywności. Droższej, ale smaczniejszej, naturalnej, bogatej w składniki. Ponieważ jednak wykształcono w nas inny model spożywania, kupujemy masę tanich artykułów spożywczych, którymi się przejadamy i z których bardzo dużo wyrzucamy.

A ponieważ blog traktuje o wyposażeniu wnętrz, wyobraźmy sobie, że zamiast dwudziestu durnostojek mamy jeden porcelanowy wazon lub mosiężną tacę lub stolik kawowy z litego drewna. Zamiast piętnastu podstaweczek, które nie mieszczą się już w żadnej szafce, mamy jedną wymarzoną porcelanową paterę malowaną prawdziwym złotem. Zamiast czterech zmechaconych pledów z poliestru mamy jeden wełniany lub z bawełny.

Za czytelny przykład mogą posłużyć “wystawki” na konsolach. Bardzo często widzę, że są zastawione kilkoma małymi ramkami na zdjęcia, obok stoją dwa – trzy, też małe, wazoniki (bo duży jest piękny, ale drogi, a małe są tańsze, cóż z tego, że w końcu kupuje się ich aż trzy). Koniec końców konsola jest zastawiona jak łóżko polowe na bazarze, a mógłby tam stanąć jeden duży wazon z bukietem kwiatów, jedna okazała ramka i dwa albumy. Raz a dobrze. Na kanapie, zamiast sześciu tanich poduszek (plus sześć innych upchniętych do szafy) dwie porządne (siłą rzeczy droższe) zrobiłyby dużo mocniejsze wrażenie.

Ostatnio ubrałam się w sweter, w którym chodziła moja mama. Gdy byłam dzieckiem, patrzyłam na niego z podziwem, żałując, że jestem zbyt mała, żeby w nim chodzić i tylko moich ulubionych skórzanych sandałów na szpilce, które mama kupiła dawno temu, nie założę, bo mamy różne rozmiary. I żałuję ogromnie, bo są piękne, mimo że mają… kilka dziesiątek lat, a zrobił je polski rzemieślnik.

Jak myślicie, co z tego, co kupiliście, zostanie dla waszych dzieci i wnuków? Co ma na tyle atrakcyjną wartość i na tyle dobrą jakość, że przetrwa jako pamiątka rodzinna? Co po nas zostanie?

Nie posiadłam tajemnej wiedzy, nie przyswoiłam sobie cudownej umiejętności, nie piszę do was z pozycji wybrańca. Daleko mi też do ascezy. Chciałam po prostu podzielić się z wami moimi refleksjami.

Jako ilustrację, zostawiam wam zdjęcia domów, których największą ozdobą jest tradycja i wspomnienia. Obrazy, zdjęcia, porcelana, książki. Dziwnym trafem komponują się idealnie z całym domem, bo wpisała je tam tradycja, historia tego domu, a nie reguły kolorystyczne. W witrynach stoją zastawy od rodziców, może od dziadków. Bibliotekę tworzą zbiory zapoczątkowane przez poprzednie pokolenia. Ze współczesnymi meblami są zestawione stoliki i konsolki, na których kwiaty stawiała może jeszcze prababcia. Właściciele tych domów nie proszą w księgarni: Pani mi poda metr niebieskich książek z łaski swojej… Nie lecą do sieciówki po najlepiej sprzedający się w tym sezonie gadżet…

m.o.endres house

To moje najnowsze odkrycie na Instagramie – dom i profil m.o.endres

traditional home

Są rzeczy, które nie mieszczą się w głównym nurcie, nie spełniają definicji hitu, dlatego też nie spalają się szybkim i mocnym płomieniem. Źródło: Profil m.o.endres z Instagrama.

book shelf

Owszem, czasami biblioteka jest planszą do kolorowych kompozycji, na szczęście wciąż są domy, w których jest opowieścią o literackich wyborach właścicieli. Źródło: M.O.ENDRES

Są materiały i surowce, które mody mają za nic. Mosiężny wazon z domu M.O.ENDRES jest tego przykładem.

kitchen

I jeszcze kuchnia ze wspaniałego domu M.O.ENDRES

Something's Gotta Give

Kultowy hamptonowski dom z filmu “Lepiej późno niż później” to także świetny przykład opowieści o jego mieszkańcach. Takiego efektu nie uzyska się ślepo realizując rozrysowany projekt architekta.

India Hicks house

Pamiętacie dom Indii Hicks? Jego klimat tworzą nowe meble, przedmioty codziennego użytku, suweniry z podróży i pamiątki rodzinne i to jest to, co po nas zostanie.

wall gallery

Na ścianach można wieszać zdjęcia amerykańskich gwiazd filmu (zwłaszcza, kiedy są naszymi idolami lub fascynują nas ich osoby), może jednak zamiast wypełniać atmosferę domu obcymi twarzami, umieścić na galerii ściennej własne zdjęcia i obrazy, które w jakiś sposób odzwierciedlają nasze życie.

Witryna naprawdę zdobi dom wtedy, gdy mamy co do niej wstawić…

cabinet

cabinet

Źródło: Decor8

Zazdrościcie im pięknych domów? Ja trochę tak.

* * *

Gorąco was zachęcam do odwiedzenia profilu m.o.endres na Instagramie. To niezwykle inspirujące miejsce.


Zdjęcia oznaczone moim logo zostały wykonane przeze mnie i wraz z publikowanymi przeze mnie tekstami są chronione prawami autorskimi.

– Jest mi miło, że czytasz mojego bloga.

Zaproś swoich znajomych, lubię gości! –

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz